Z pamiętnika nieperfekcyjnej Pani domu – cz.1

0

Dzień jak co dzień

 Tradycyjnie budzik zadzwonił o szóstej rano. Jak co dzień postanowiłam zdrzemnąć się jeszcze pół godziny, albo chociaż 15 minut. Ostatecznie obudził mnie buziak niespełna półtorarocznej córeczki. Cześć – delikatnym głosikiem mówi do mnie moja księżniczka. Odpowiadam oczywiście, ale nie mam siły ruszyć się z łóżka. Leżę więc, obserwując swoją latorośl, a ona nagle rzuca w moją stronę książeczkę z obrazkami, w celu dalszej zaczepki i zwróceniu na siebie uwagi. Ostatecznie to niewinne stworzenie decyduje się na bardziej radykalne kroki i policzkuje mnie kilka razy. Cóż, najwyższa pora wstawać! W duchu mówię do siebie: już dawno temu powinnaś być na nogach, nie byłabyś wtedy skazana na towarzystwo w toalecie i mogłabyś spokojnie zjeść śniadanie. Czasu nie da się jednak cofnąć, więc pozostaje mi robienie wszystkiego razem z małą Emilką.

Kołowrotek
Toaletę załatwiam ekspresowo, żeby nie rozłościć głodnego dziecka. Szybko przygotowuję kaszę jaglaną (całe szczęście ugotowałam ją wieczorem i teraz wystarczy tylko przelać wrzątkiem) z suszonymi owocami i własnej roboty konfiturą. Siadamy razem z córką i zajadamy się w najlepsze, kiedy pomyślałam sobie o porannym programie śniadaniowym. Ostatecznie telewizję oglądam jedynie dziesięć minut, bo sumienie nie daje mi spokoju (przecież wszyscy psycholodzy i pedagodzy grzmią: nie oglądaj telewizji przy dziecku i nie włączaj mu bajek, przynajmniej przez pierwsze dwa lata życia!). W sumie mam ciekawe czasopismo (pomyślałam), więc nie potrzebuję szklanego ekranu. Niestety i ten pomysł „spala na panewce”, bo jak tu czytać przy dziecku? Czytać trzeba, ale jemu, dodając do tego odgłosy, typu „mu”, „kwa”, „be”, „me” itd. Nie będę przecież wyrodną matką, która dziecko pozostawia samo sobie, nie edukuje, nie bawi się z nim i ma czelność znaleźć czas dla siebie! Zaraz, zaraz współczesna matka w sumie powinna mieć czas dla siebie, iść do pracy, zarobić przynajmniej dwa tysiące złotych, zająć się dzieckiem i oczywiście pięknie wyglądać, żeby wszyscy podziwiali jaka jest zaradna, mądra i ładna. Trzeba przyznać, że brzmi to całkiem nieźle, ale jak się w to wgłębić to już na „pierwszy rzut oka” coś z tego typu twierdzeniami jest nie tak.
Wracając do dnia nieperfekcyjnej Pani domu tuż po śniadaniu, postanawiam się ogarnąć (poprawiłam się nieco od narodzin córki i o dziesiątej rano mam już na sobie coś innego niż szlafrok). Jeszcze w trakcie przygotowywania posiłku czuję, że nie mogę skręcać szyi. „Boli jak diabli”, próbuję ją rozciągnąć, ale jest jeszcze gorzej, trudno myślę, przejdzie. Przypomina mi się, że moje dziecko tradycyjnie nie chciało spać samo w łóżeczku i jak tylko pojawiłam się w sypialni (a niby smacznie spało) od razu wstało i zaczęło krzyczeć, dopóki nie znalazło się obok mnie. Z pozoru malutka Emilka (ojca już dawno temu pogoniła z sypialni) zajęła większość łóżka, bo uwielbia spać w poprzek. Ja instynktownie zajmowałam więc dziwaczne pozy, żeby jej nie zranić. Stąd ból szyi. Jeszcze zanim spojrzałam w lustro, domyśliłam się, że miniona noc pozostawiła na mojej twarzy wyraźne ślady. Niemalże codziennie budzę się z nowymi zmarszczkami, głębokimi na pół centymetra, które znikają dopiero na koniec dnia. Tym razem moje odbicie lustrzane ukazało tragiczniejszy obraz, lewa część mojej twarzy wyglądała jak karykatura prawej. No cóż, to są uroki macierzyństwa, zwłaszcza wtedy, gdy pozwalamy dzieciom spać razem z nami. Koleżanka Sandra znowu będzie miała powód do śmiechu na widok mojej pomarszczonej twarzy.

„Syzyfowa praca”
Na podziwianie zmarszczek nie mam jednak zbyt wiele czasu. Salon wygląda bowiem, jakby przed chwilą wybuchła w nim bomba (już sama nie wiem czy faktycznie wczoraj sprzątałam czy tylko mi się wydawało). Zabawki leżą dosłownie wszędzie. „O mały włos” nie padłam na podłogę, po tym jak potknęłam się o kaczuszki, które Emilka codziennie wyprowadza na spacer. Akcesoria do zabawy to jednak nie jedyne rzeczy, leżące na parkiecie. Można na nim znaleźć także porozrzucane buty, ubranka, a jak się dobrze przyjrzeć to i kawałki jedzenia (przysięgłabym, że wczoraj robiłam niemalże generalne porządki). Zaczynam się więc uwijać jak w ukropie. Sprzątam, potem gotuję, w międzyczasie robię pranie. Wszystko po to, żeby na jakieś piętnaście minut mieć satysfakcję, że mieszkanie wygląda przyzwoicie. Po tym czasie wszystko wraca do poprzedniego ładu. W kuchni Emilka wylała kompocik i porozrzucała rozgryzione winogrona. Durszlak i kilka innych akcesoriów wyciągnęła z szafki. Na środku salonu znowu leżą różnego rodzaju buty, pomiędzy którymi moja córka kolejny raz wyprowadza kaczuszki. Myślę sobie, dość! Czas na kawę. Szybko parzę dodający energii eliksir, wychodzę na balkon, udaję, że nie widzę zwiędniętych kwiatów, niezebranego prania i rozlanej wody. Siadam w najlepsze i zaczynam pić. Właśnie wtedy na ten upragniony moment relaksu wpada moje cudowne maleństwo (kaczuszki już wyprowadzone i nakarmione). Krzyczy: daj, jeść, pić, czytać!

Comments

comments

Udostępnij.

Zostaw komentarz