W górach jest wszystko, co kocham!

0

Urzędniczka z pasją do wędrowania
Pracownicy biur wielu z nas kojarzą się z nudnymi ludźmi, zajmującymi się głównie „papirologią”. Agnieszka Wieliczko, inspektor w Wydziale Geodezji i Nieruchomości Starostwa Powiatowego w Polkowicach dowodzi jednak, że nie jest to prawda. Od kilku lat ta drobna, można by rzec wątła kobieta bierze udział w morderczej wędrówce, jaką niewątpliwie jest Przejście Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej. Nam udzieliła wywiadu o swojej pasji i o tym, jak przedkłada się ona na codzienne obowiązki.

A. Sz. Przejście Dookoła Kotliny Jeleniogórskie to pokonanie prawie 140 km w ciągu 48 godzin. Idzie się więc też w nocy. Pani zdecydowała się dokonać tego wyczynu w pojedynkę, nie bała się Pani?

A.W. Startowałam również w grupie. Z tym, że pierwszy raz, kiedy udało mi się dojść do mety szłam sama. W tym roku zaś w drogę wyruszyłam razem z dwiema innymi osobami, ale my się rozchodzimy, gdzieś na trasie. Każdy z nas ma inne tempo i idzie inaczej. Naprawdę nie ma się czego bać, w imprezie bierze udział około 500 osób, więc nikt się nie gubi, bo zawsze się kogoś znajdzie. Za pierwszym razem, kiedy udało mi się przejść, miałam świadomość, że przed drugą nocą muszę kogoś znaleźć – kto ma podobne tempo i zna trasę. Poza tym ludzie sobie pomagają, jeden drugiego wspiera. Nieśmiałe osoby też nie mają problemu. Nawet jak ktoś nie prosi o pomoc, a inni widzą, że siedzi sam na uboczu to wyciągają do niego pomocną dłoń. Pytają, czy coś się na pewno nie stało. Poza tym w regulaminie rajdu jest punkt, który zobowiązuje nas do wzajemnej pomocy.

A. Sz. Trzy razy nie udało się Pani pokonać trasy, nie chciała Pani powiedzieć dość?

A. W. Do rajdu podchodziłam w sumie sześć razy, trzy razy udało mi się go ukończyć, a trzy nie. Teraz śmieję się, że osiągnęłam remis. Organizatorzy podkreślają jednak, że samo uczestnictwo w przejściu jest sukcesem, dlatego tych pierwszych wędrówek nie traktuję jako porażki. Liczy się bowiem fakt, że człowiek się odważył i wystartował. Fajne jest też to, że to nie forma zawodów z nagrodami. Nie ma tam więc licytacji kto pierwszy ten lepszy, wyniki są tylko dla nas. Każdy zaś przejście kończy tak samo, czyli z certyfikatem i uściskiem dłoni organizatorów.

A. Sz. Nie zapytałam się jeszcze Pani skąd w ogóle pasja do wędrowania i jak zaczęła się Pani historia z morderczym rajdem w Karkonoszach?

A. W. Zamiłowanie do gór i wędrówek pieszych rozbudził we mnie, jeszcze w latach szkolnych, nauczyciel matematyki! To on zaraził nas bakcylem wędrowania, uczył czytania szlaków, walki ze swoimi słabościami i zmęczeniem. O samym przejściu dowiedziałam się we wrześniu 2009 roku, kiedy było mi dane spotkać dziewczyny, które właśnie wróciły i opowiadały o tej imprezie. A ja ciągle dopytywałam się i prosiłam o więcej opowieści. Wysłuchiwałam ich relacji, wrażeń i już wtedy nabrałam przekonania – muszę i ja spróbować. Zaczęłam ćwiczyć aerobik i biegać na bieżni. Słuchałam również organizatorów. Oni często podkreślają, że na trasie ważna jest nie tylko kondycja fizyczna, ale i psychiczna. Bardzo często ludzie rezygnują właśnie z powodu ogólnego zniechęcenia, wmawiają sobie, że są zmęczeni, albo, że właściwie już nie chcą iść dalej, i że to przejście jest im w ogóle do niczego niepotrzebne. Rezygnacja z tego powodu jest straszna. Raz mi się to zdarzyło, a potem pozostały ogromne wyrzuty sumienia. Natomiast zmęczenie psychiczne przechodzi i wtedy człowiek zaczyna rozumieć, że można było dojść dalej, także głowa przede wszystkim!

A. Sz. Tak było za pierwszym razem?
A. W. Moje pierwsze przejście w 2010 roku zakończyło się po pięćdziesięciu kilometrach i tutaj zadecydował brak doświadczenia. Nieodpowiednie wyposażenie, ubranie, może zbyt ciężki plecak… Z tym, że i tak byłam bardzo zadowolona, z tego, co udało mi się osiągnąć. Natomiast za drugim razem o wszystkim zdecydowała pogoda. Padało od początku, a ja w dodatku miałam zły dzień, pomyliłam drogi i poddałam się. W rajdach, które udało mi się przejść niewątpliwie pomogła super ekipa, jaką poznałam w trasie i oczywiście przygotowanie.

A. Sz. Co do przygotowań, aerobik i bieżnia wystarczają?
A. W. Chodzę po Górach Izerskich, biorę udział w maratonach na orientację, które traktuję jako przygotowanie do wrześniowego przejścia. W tym roku wędrowałam też w okolicach Wielkopolski i województwa zachodniopomorskiego, czyli na terenach zupełnie innych, płaskich, ale to też w ramach treningu.

A. SZ. Wracając do tematu naszego wywiadu, pasja wędrowania przedkłada się jakoś na życie codzienne?

A. W. Wędrowanie, niezależnie czy są to góry, czy płaskie tereny to dla mnie odskocznia od dnia codziennego. To jest moja pasja, marzenia, które staram się realizować. Czy przedkłada się to na moją pracę? Na pewno tak. Mimo, że jest to ogromny wysiłek fizyczny, ja w ten sposób odpoczywam. Dzięki temu łatwiej jest mi wykonywać codzienne obowiązki. Pozwala to na zrozumienie, że przeszkody są w nas samych. Teraz wszystko jest dla mnie zadaniem do realizacji. Nie zakładam, że od razu wykonam je w całości, przechodzę z punktu A do B, a co będzie w tym ostatnim zdecyduję później.

A. Sz. Góry są miejscem wyjątkowym, gdzie człowiek „spotyka się z naturą”. Pani też tak to odczuwa?

A. W. Na szlaku odnajduję spokój, odpoczywam, to jest mój świat. W górach jest wszystko to, co kocham – przestrzeń, wolność, z jednej strony wiara, że mogę wszystko, z drugiej świadomość jak mały jest człowiek przy potędze gór. Wędrówki to też piękne lekcje pokory.

A. Sz. Na koniec proszę jeszcze powiedzieć, jak na Pani wyczyny reagują koledzy z pracy?
A. W. Szef stwierdził, że skoro przeszłam taki dystans to w delegację mogę chodzić zamiast jeździć. Pozostałych trzeba byłoby chyba zapytać.

Mirosława Myrna-Kudryk, rzecznik prasowy powiatu polkowickiego: Jesteśmy dumni z Agnieszki i kibicujemy jej przy każdym Przejściu, ale ja tylko dodam, że wśród pracowników Starostwa jest więcej osób z ciekawymi pasjami i jeżeli będzie okazja ich przybliżyć to na pewno to zrobimy.

Celem Przejścia Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej jest upamiętnienie dwóch ratowników Grupy Karkonoskiej GOPR: Daniela Ważyńskiego i Mateusza Hryncewicza, którzy będąc na służbie zginęli 8 lutego 2005 roku podczas lawiny w Kotle Małego Stawu. Każda edycja zaczyna się minutą ciszy.

Comments

comments

Udostępnij.

Zostaw komentarz