„To cud, że nie polała się tutaj krew”

0

Wczoraj w Polkowicach uczczono 35. rocznicę pacyfikacji kopalni Rudna. W godzinach porannych odbył się I Bieg im. Księdza Jerzego Gniatczyka, następnie msza święta w kościele św. Barbary. Później zgromadzone osoby przemaszerowały do ZG Rudna, gdzie odsłonięto tablicę upamiętniającą wydarzenia z 17 grudnia 1981 roku. Poświecił ją biskup legnicki Zbigniew Kiernikowski. Obchody zakończyły się w cechowni, gdzie przy wspólnych stołach usiedli przedstawiciele KGHM Polska Miedź S.A., duchowni i samorządowcy. Obecni byli też strajkujący. -Żądaliśmy odwołania stanu wojennego, wypuszczenia internowanych, przywrócenia swobód związkowych. Nie były to jakieś drobiazgi, tylko kardynalne, najważniejsze warunki, które władza powinna spełniać – mówi Franciszek Kamiński, który rozpoczął strajk. Na twarzach świadków tamtych wydarzeń wciąż widać ogromne emocje. Mimo upływu lat, są one dla nich wciąż żywe. To dowód na to, że historii nie wolno zapominać.

– To co się tutaj stało 17 grudnia 1981 zostawiło wielki ślad, tego wszystkiego nie da się zapomnieć. Myślę, że gdyby udało się wtedy zrobić zdjęcia, dałyby one namiastkę tej przemocy, siły, brutalnego – agresywnego zachowania wobec górników. To, że się tutaj krew nie polała to jest cud – mówi Jerzy Likus. – Byłem wówczas kierownikiem największego działu. Miałem ponad 150 osób pod sobą. Świadomość utrzymania gotowych do wydobycia wyrobisk, po zakończonych strajkach, powodowała, że musiałem dbać o dół, ale jednocześnie sercem byłem ze strajkującymi.

Jerzy Likus jest inicjatorem I Biegu im. Księdza Jerzego Gniatczyka. Ma nadzieję, że będzie dobywał się on cyklicznie. Biorąc pod uwagę fakt, że wczoraj wzięło w nim udział 150 osób, których do niczego nie trzeba było namawiać, można szykować się już na przyszłoroczną edycję.

– Tak jak powiedziano dzisiaj w kościele, „historia jest nauczycielką życia i warto o niej pamiętać”, o tej lokalnej również – mówił wczoraj Jerzy Likus. W tym akurat, budującym się społeczeństwie, bo tutaj 35 – 40 lat temu ta społeczność się kształtowała, o tych ciężkich chwilach również powinniśmy pamiętać.

Bieg w fakirkach 

17 grudnia 1981 roku kilkutysięczny „czarny tłum” wyrwał się z oblężenia i podjął ucieczkę ulicami Polkowic w stronę rynku. Schronienia prześladowanym udzielił wówczas ks. Jerzy Gniatczyk. który wpuścił wszystkich do kościoła św. Barbary. Następnie odprawił mszę świętą, aby uniknąć posądzenia o zorganizowanie zgromadzenia (były one wówczas zakazane).

– Towarzyszył temu duży strach, ale był on spowodowany tym, z czym nie mogliśmy się pogodzić: Jak przeciwko nam – górnikom, Polakom stan wojenny? Dlaczego? Było to przykre. Ja, będąc wtedy jeszcze młodym człowiekiem, miałem przepracowane około pięciu lat na dole i młodą żonę w ciąży. Znalazłem się wśród kolegów, w strachu. Pamiętam noc i poranek, kiedy zaczęli strzelać do nas. Ci ludzie, którzy nas rozpędzali (przykro było patrzeć na nich), byli jacyś nieobecni. Nie dało się nawet zauważyć, co oni chcieliby powiedzieć nam, działali jakby nakręceni. To była chwila. – mówi Edward Bałtrukiewicz z Lubina. Uciekałem przez zakład przeróbki w las, później dobiegłem do dwupasmówki , a następnie z kolegami dotarliśmy do kościoła św. Barbary w Polkowicach. Pamiętam tylko taki moment, kiedy pewna pani przyniosła mi jakieś obuwie, bo ja miałem zziębnięte stopy. Nie zdążyłem zmienić obuwia i uciekałem w fakirkach, na mrozie, nie czuło się jednak wtedy zimna. Później autobusami wróciliśmy do domów. Pamiętam, jak kierowca jadący z Wałbrzycha do Zielonej Góry specjalnie skręcił i zawiózł nas do Głogowa, gdzie wtedy mieszkałem.

„Tylko idiota nie bałby się – wiedzieliśmy, że ludziom z automatami nic nie możemy pokazać”

Strajk i wszystkie wydarzenia z nim związane doskonale pamięta także jego organizator Franciszek Kamiński.

– Właśnie dzisiaj, siedząc w kościele, myślałem sobie, że znalazłem się w odpowiednim miejscu i czasie i, posłużę się cytatem z pamiętnej „Inki”, „zachowałem się tak, jak trzeba”. Ten strajk ja zacząłem przed oficjalnymi czynnikami związkowymi. Byłem szarym ludzikiem, chociaż członkiem komisji itd. Przyjechałem do pracy przed szóstą rano i wiedziałem, co trzeba oprotestować. Były to zresztą wyniki ustaleń z poprzedniego dnia (niedzieli). Osoby z różnych zakładów spotykały się, rozmawiały, kto został aresztowany, internowany, kto w ogóle będzie skłonny wyrazić jakikolwiek protest. Wieczorem 13 grudnia ustaliliśmy więc, gdzie rozpocznie się strajk. Ja się zobowiązałem do zainicjowania go na Rudnej Głównej i wywiązałem się z tego. Nie miałem większych problemów z przekonaniem górników, żeby nie szli na szychtę. Poprosiłem jednak sygnalistkę, żeby nie pozwalała im zjeżdżać na dół. Ona wiedziała, kto jest niezbędny w pracy i te osoby przepuszczała. Było to zresztą kontynuowane przez cały okres strajku. Jej koleżanka natomiast nie wydawała już znaczków na tzw. markowni – mówi Franciszek Kamiński. – 17 grudnia spodziewaliśmy się już, że będzie atak, zresztą był on zapewniony przez tych półkowników, z którymi przez trzy dni negocjowaliśmy o opuszczenie zakładu. Mieliśmy ustalenie, żeby żadnej czynnej obrony nie stosować, aby zminimalizować skutki ataków gazu itp. Bierną obronę przed atakami mieliśmy opracowaną i dość sensownie przeprowadzoną. Wyszliśmy więc z opresji z godnością, o co nam chodziło, i z minimalnymi stratami.

Franciszek Kamiński podkreśla, że „Tylko idiota nie bałby się”. Strajkujący zdawali sobie sprawę z zagrożenia. Wiedzieli, co wynika z dekretu stanu wojennego .

– Wiedzieliśmy, że uczestników strajku Politechniki Gdańskiej bardzo szybko osądzono, wyroki dziewięciu – dziesięciu lat więzienia ustalano w trybie doraźnym. Nam to również groziło, ale w takich sytuacjach budzi się niekiedy wewnętrzny bunt przeciwko temu, co się stało. To był taki imperatyw kategoryczny, mówiący, że nie można postąpić inaczej. Musimy to oprotestować, a jedyną formą dostępną dla nas i w miarę skuteczną był strajk okupacyjny. Mogli nas rozgonić, spałować, ale strzelania z broni palnej nikt nigdy się nie spodziewał, choć należało to brać w rachubę. Gasiliśmy zapały niektórych górników, którzy chcieli przejść do czynnego strajku, wiedzieliśmy, że ludziom z automatami nic nie możemy pokazać.

Franciszek Kaminski po okupacji ukrywał się do 24 grudnia 1984 roku. Był ścigany listem gończym. Jak tłumaczył, sytuacja była bardzo poważna, tym bardziej, że dekret stanu wojennego mówił nawet o karze śmierci. Jak czytamy w aktach IPN został tego dnia zatrzymany i wyrokiem Sądu Wojewódzkiego w Legnicy z dn. 22.10.1982 r. skazany za „tworzenie i kierowanie nielegalnymi strukturami organizacyjnymi” NSZZ „Solidarność” oraz „kierowanie akcją strajkową w ZG Rudna na karę „jednego roku i sześciu miesięcy pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem jej wykonania na okres trzech lat.

Do kopalni już później nie wrócił, jak przyznaje, miał możliwość pracować tylko w tzw. zieleni miejskiej i w jednym z gospodarstw pod Lubinem. Zresztą, jak mówi, skutki tamtej decyzji odczuwa do dziś.

Comments

comments

Udostępnij.

Comments are closed.