Przede wszystkim być wśród ludzi!

0

Z Barbarą Skórzewską, radną gminy Lubin rozmawialiśmy o tym, że warto robić coś dla innych. Zapytaliśmy także o jej spojrzenie na dzisiejszy Lubin, bo należy ona do pierwszego pokolenia, które urodziło się w mieście po II wojnie światowej, a także o wspomnienia z lat młodości. Z jej obserwacji wyłania się obraz zamkniętego w domach społeczeństwa, które jednak pragnie być wśród innych ludzi.

A. Sz. Należy Pani do pierwszego pokolenia, które urodziło się w Lubinie. Czym charakteryzowała się stolica polskiej miedzi, gdy Pani dorastała?

B.S. Mam bardzo pozytywne wspomnienia z lat młodości. Myślę, że Lubin nie różnił się wówczas od wielu innych miast z Dolnego Śląska. Była to zbieranina Polaków z całej Polski, a nawet i spoza kraju, bo przybyli również repatrianci. W moim sąsiedztwie mieszkało polsko-ukraińskie małżeństwo, w rodzinie był Rosjanin i Białorusinka, w szkole potomkowie osadników ze wschodu i repatrianci z zachodu, niania Białorusinka, a w mieście Niemiec Paul- autochton. Tę różnorodność etniczną uświadomiłam sobie dopiero jako dorosła osoba, wcześniej, byli to po prostu nasi sąsiedzi, znajomi, rodzina. Nie miało również dla nas znaczenia, czy ktoś jest katolikiem, prawosławnym, czy wyznawcą judaizmu. Podobnie jak pochodzenie i życie zawodowe rodziców. Miałam dwie koleżanki, moje imienniczki zresztą. Jednej z nich mama pracowała w sekretariacie dr inż. Tadeusza Zastawnika, pierwszego dyrektora KGHM, a drugiej tata był w komitecie powiatowym partii. Natomiast trzeciej mama była sklepową, czwartej rodzice mieli gospodarstwo rolne, a piątej pracowali w PGR. Czy ktokolwiek zwracał na to uwagę? My młodzi, żyliśmy swoim życiem, wspólnie się uczyliśmy i wspólnie rozrabialiśmy. Moja mama nigdy mi nie mówiła, z kim wolno mi się przyjaźnić, a z kim nie. Sama była bardzo religijną osobą, ale nie fanatyczką. Powtarzała nam często, że porządnego człowieka poznaje się po jego czynach, a nie po tym, w co wierzy, skąd pochodzi i jakie ma poglądy. Wredny i kłamca pozostanie takim, bez względu na długość i szerokość geograficzną.

A. Sz. Zawsze powtarza Pani, że wychowała się w wyjątkowej rodzinie. Jacy więc byli Pani rodzice i kiedy przybyli do Lubina?

B.S. Wyszłam z domu, w którym żona z mężem tworzyli bardzo zgraną, nowoczesną parę – szczęśliwy, kochany i dostatni. Moja mama była przykładem kobiety, która nie ograniczała się tylko do rodziny, ale wciąż włączała się w wiele inicjatyw. Osoby ubogie i bezdomne, bez względu na narodowość zawsze mogły liczyć na naszą pomoc. Rodzice prowadzili sklep, ale ja na kieszonkowe musiałam zapracować. Nauczono mnie, że należy dzielić się tym, co mamy z innymi i tak pozostało mi to do dziś. Co do samych rodziców, to mama w czasie wojny była łączniczką BCH i pochodzi z kieleckiego, a tato z krakowskiego. Trochę takie połączenie wody z ogniem. Do Lubina przyjechali zaraz po wyzwoleniu, czyli w maju 45. roku. Tato nie mógł służyć w wojsku w czasie wojny, więc po jej zakończeniu miał wybór: służyć w wojsku, albo w milicji. Wybrał drugą opcję, ale zrezygnował tak szybko, jak mu na to pozwolono. Następnie około dwóch lat przepracował w fabryce DEFIL, a później rodzice liczyli już bardziej na siebie samych. Mama pracowała w kiosku, a tato miał zakład CO, bo w okolicy brakowało wówczas specjalistów od ogrzewania i instalacji grzewczej. On zaś z tą branżą był związany przez całą wojnę. Zdobył też potrzebne papiery. Zakładał instalację grzewczą m.in. w I Liceum w Lubinie.

A. Sz. Czy według Pani mentalność lubinian zmieniła się od tej, którą pamięta Pani z lat młodości?

B. S. Myślę, że mentalność nie zmieniła się od lat 60. Już wtedy pojawiła się opinia, że z miasta robią sypialnię. Nagły i liczny napływ ludzi ze wszystkich zakątków Polski i z okolicznych miejscowości, powodował, że miasto żyło w tygodniu, a „zamierało” w weekendy. I tak jest chyba do dziś. Chociaż pamiętam połowę lat 60 i 70, kiedy pojawiły się ciekawe pomysły- wiosenne pochody młodzieży, kluby dyskotekowe, teatr kukiełkowy w Żurawiu – bardzo wysoko oceniany również w Polsce. Z własnego doświadczenia mogę jednak powiedzieć, że obecnie, żeby coś wartościowego zobaczyć i dobrze zjeść, to jadę do Wrocławia, również po to, by przespacerować się po rynku.

A. Sz. Jest aż tak źle?

B.S. Myślę, że w Lubinie powinno powstać coś na wzór święta chleba w Jaworze, czy wina i miodu, jak w Przemkowie. Myślę o czymś, co wyróżniłoby nas w regionie, przyciągając jednocześnie swą innością i wyjątkowością, a przez to angażując społeczność lokalną do całorocznych, wspólnych przygotowań wydarzenia. Tak się robi w miastach, w których władzy zależy na wspólnych przedsięwzięciach z mieszkańcami, na włączaniu i angażowaniu ich do pracy na rzecz miasta, uzmysławiając jednocześnie odpowiedzialność za miejsce, w którym żyją, mieszkają i pracują. Taki projekt wymaga czasu (co najmniej dwóch lat) zaangażowania mieszkańców, a przede wszystkim chęci władz do zmiany istniejącego stanu. Natomiast obecnie, osobiście, odczuwam pustkę. Dodać należy do tego jeszcze model „rozbudowy” miasta. Też dość specyficzny – budynki rozrzucone w różnych częściach. W stanie wojennym śmialiśmy się nawet, że aglomeracja została tak rozproszona w przestrzeni, aby łatwiej spacyfikować górników i ich rodziny, gdyby co. Mówiąc poważnie, mam wrażenie, że od lat brakuje zwięzłej i przemyślanej koncepcji miasta. Trzeba także przyznać, że na taki wygląd Lubina miała wpływ kopalnia miedzi. Nie było bowiem nowością, że zjeżdżają się do niej ludzie z całej Polski. Budowano szybko, chaotycznie, bez koncepcji i tak pozostało do dziś. Miasto stało się otwarte dla wszystkich szukających dobrze płatnej pracy – szczególnie mężczyzn. Gdyby nie to, bylibyśmy jak większość dolnośląskich miasteczek kilku tysięczną mieściną. Pewnie nasze relacje też byłyby inne. Natomiast my, urodzeni w Lubinie, w pewnym sensie zginęliśmy w tym tłumie. Dzisiaj jest nas garstka w prawie70 tys. mieście.

A. Sz. Dlatego postanowiła Pani sama zaangażować się w działalność dla regionu, a dokładnie wsi pod Lubinem?

B. S. To co robię na wsi, robiłam wcześniej w mieście. Po prostu zamieszkaliśmy w Gminie. Nasze trzy projekty w ramach Wrzosowej Krainy, są tak naprawdę integracją środowiska. Nie chcemy nikogo wyręczać, ani zastępować, po prostu uzupełniamy to, czego nie ma w ofercie samorządu. Mieliśmy różne warsztaty, po to, żeby pokazać energię ludzi we wsi, pokazywać ludzi którym się chce, bo nie każdy sołtys musi to robić, ale w każdej z wiosek (było ich sześć, a w ostatnim projekcie osiem) spotykamy się po to, żeby wspólnie BYĆ. W ubiegłym roku m.in. graliśmy w kręgle, dwa razy byłyśmy w Operze, uczyłyśmy się uprawiać winorośl, korzystać z wartości miodu, wosku i dyni a także zdobić potrawy, itp. To drobiazgi, ale one łączą. Dają możliwość poznania się wzajemnie. Jeżeli uda się nam pozyskać kolejne fundusze to mamy już osobę z kolejnej wsi, która chciałaby coś na swoim terenie z nami robić. Mam wrażenie, że w tego typu działaniach cały czas brakuje wsparcia samorządu. Nie mamy zamiaru nikomu i niczego udowadniać, ani wygrywać. Nie oto chodzi w projektach. Zależy nam na tym, żeby osoby nieaktywne zawodowo wyszły z domów, aby seniorzy podzielili się swym doświadczeniem, a młodzież dołączyła do nas swą żywiołowością , energią i wiedzą. Tylko tyle i aż tyle. To nasze przenoszenie się na wieś to chęć odpoczynku, luzu, zbliżenia się do natury, ale w którymś momencie to się kończy. Nie wystarczą nam już spokój, zieleń i ogródek, bo ileż można sprzątać i uprawiać kwiatki. Chce się wyjść do ludzi, a jeśli się takich kontaktów nie utrzymuje to niestety, później grozi nam samotność. Potwierdziło to nasze przedsięwzięcie. Okazało się, że w każdej wsi są liderzy lub jest grupa osób, którym chce się coś zrobić. Pamiętam warsztaty pod hasłem „dzieci gotują” w Chróstniku. Uczestniczyło w nich w sumie 30 maluchów. To było niesamowite, tyle pociech chętnych do gotowania i wypiekania, podczas gdy w szkołach mówią, że dzieci i młodzi tacy pasywni. Warto też podkreślić, że nigdy nie miałyśmy problemów z otrzymaniem środków finansowych. Fundacja Wrzosowa Kraina dzieląc dotacje zwraca uwagę na współpracę i integrację różnych środowisk. Natomiast my liderki, podglądamy też inne wsie i jeżeli podoba nam się jakiś pomysł, to adoptujemy go do naszych potrzeb. Byłoby miło, gdyby w naszej gminie była ściślejsza współpraca z organizacjami pozarządowymi, aby samorząd nas dostrzegał , doceniał i wspierał – wszystkich, nie tylko sportowców! Jest już tyle ciekawych imprez w naszych sołectwach, chociażby impreza w Buczynce: „Noc Świętojańska”, w Siedlcach – doroczne „Szkolne Jasełka” , czy w Księginicach – Narodowe Śpiewanie. Byłoby miło, gdyby organizacje je tworzące otrzymały dotacje na ich przygotowanie, a GOK z nimi współpracował. Od dłuższego czasu mam wrażenie konkurencyjności, nieumiejętności wykorzystywania potencjału i energii mieszkańców, podejrzeń o czerpanie korzyści materialnych i niematerialnych i oczywiście podporządkowywania wszystkiego i wszystkich jednej zasadzie – my dajemy wam pieniądze, a wy róbcie, co każemy. Dzisiaj, kiedy promuje się kreatywność i innowacyjność w szkole i w gospodarce, pytam się, czy ludzie żyjący wciąż na kolanach, potrafią być samodzielni i kreatywni?

A. Sz. Zależy więc pani na szeroko pojętej integracji społeczeństwa?

B. S. Jako dziecko wspominam bardziej wspólne bywanie mieszkańców. Pierwszy maja wszystkim kojarzy się z pochodami, a mi z tym, że wtedy wszyscy byliśmy razem. Również Ci, którzy szli w pochodzie spotykali się potem aby potańczyć, rozmawiać bawić się w parku przy ulicy Bema, gdzie obecnie jest szpital. Było to zresztą nasze miejsce sportu. Często robiliśmy tam ogniska, jeździliśmy na sankach, spotykaliśmy się – starsi i młodsi. Teraz jest zupełnie inaczej, również w związku z rozwojem techniki. Świetnie oddaje to dowcip, który przeczytałam na FB: „babcia mówi – wyszłam na wieś, a tutaj ani jednego człowieka, wchodzę na Facebooka, a tam cała wieś”. To jest obraz czasów współczesnych. Uważam, że trzeba robić wszystko, żeby wyciągnąć ludzi z domów. Tym bardziej, że problemy nastolatków wynikają właśnie z racji ciągłego życia w świecie wirtualnym – urządzenie można zamknąć jednym kliknięciem, a z kłopotami i problemami niestety tak się nie da. Trzeba na nowo uczyć ludzi życia w „stadzie” i wspólnego radzenia sobie z problemami.
_____________________________________________
Podczas warsztatów, rozgrywek sportowych i wspólnego wyjazdu do Opery wrocławskiej, panie poznawały się wzajemnie, promowały aktywne osoby, pokazując jak angażować mieszkańców do wspólnych działań, wzbogacających naszą codzienność. Dzieliły się wiedzą, doświadczeniem i pomysłami, gromadząc wokół prowadzonych działań, sporą grupę mieszkańców pozostałych sołectw gminy wiejskiej Lubin. W ten sposób pokazały, że mimo różnic w widzeniu świata, poglądach, marzeniach i celach życiowych stanowimy jedną, wielką społeczność.

16.07.2016, godz. 16.00 GOGOŁOWICEwarsztaty O pigwie i róży. Inauguracja projektu połączona z degustacją i promocją lokalnych produktów na bazie pigwy i róży, które od dziesięcioleci sadzono na terenie wsi Gogołowice. W trakcie spotkania było o wartościach zdrowotnych i odżywczych w/w owoców i kwiatów, a dla zainteresowanych przepisy.
06.08.2016, godz.17.00 Krzeczyn Mały – „CARVING” o sztuce dekoracji potraw warzywami i owocami.
28.08.2016, godz. 15.00 Rajd rowerowy do DĄBROWY GÓRNEJ, czyli poznajemy naszą Gminę. Organizatorzy zapewnili kiełbaski i napoje i wspólne biesiadowanie przy ognisku.
16.09.2016, godz. godz. 17.00 MIROSZOWICE – „Wino i miód”, czyli ogród to nie tylko trawnik. O wykorzystaniu wosku pszczelego, zaletach miodu oraz o winoroślach – jakie gatunki najlepiej sadzić w naszym regionie i jak je pielęgnować, aby cieszyły nas obfitością plonów i smakiem.
23.09.2016, godz. 17.00 OBORA – „Dynia na 100 sposobów”, czyli jak przygotować przetwory z dyni, aby towarzyszyły naszym potrawom na słodko, kwaśno i pikantnie przez cały rok
22.10.2016, godz.16.00 CHROSTNIK – „Dzieci gotują”, degustacja potraw przygotowanych samodzielnie przez dzieci.
05.11.2016, godz. 16.00, CZERNIEC – „POWERTEX”– nowa rewelacyjna technika zdobienia przedmiotów, przy zastosowaniu specjalnych preparatów utwardzających, w końcowym efekcie nadających przedmiotom kamienny wygląd.
20.11.2016, godz. 16.00, OSIEK – spotkanie mieszkańców na kręgielni w Lubinie –spotkanie towarzyskie i sportowa rywalizacja sprawności i siły pomiędzy mieszkańcami naszych wsi.
06.12.2016, wyjazd do Opery we Wrocławiu na spektakl pt. „Cyrulik Sewilski”.

Comments

comments

Udostępnij.

Zostaw komentarz